
Autor: Cristiano Perfumo
Tytuł: Zbrodnie na lodowcu
Data premiery: 20.08.2024
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 370
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Piotr Jarco
„..Im dłużej milczysz, tym bardziej stajesz się współwinny. Zatajona prawda ciąży jak kamień u szyi…”
Cristian Perfumo, ten literacki magik z Patagonii, tym razem odpalił petardę. Po „Kolekcjonerze strzał”, który był jak pierwsza randka – niby fajnie, ale coś nie pykło, gdzie jeszcze widać było, że autor trochę maca po omacku, teraz rzuca nami o skały. Lodowca.
W „Zbrodniach na lodowcu” nie ma miejsca na pieszczenie się z czytelnikiem. Tu się od razu wrzuca na głęboką wodę. Lodowatą. I to taką, która pachnie trupem, rodziną i przeterminowanymi sekretami.
Niby ten sam autor, ale jakby wrócił z detoksu i dostał nową klawiaturę.
Zaczyna się jak w klasyku: trup z przeszłości wypływa, a raczej wyłania się z lodu. Dosłownie. Na lodowcu Viedma odnajdują zwłoki turysty sprzed trzydziestu lat. Gość dostał kulkę w brzuch i zamiast wrócić do domu, został mrożonką. Julian, nasz bohater – taki trochę chłop z miasta, trochę życiowy nudziarz, dowiaduje się, że ma wujka, który właśnie kopnął w kalendarz – odziedzicza działkę w Patagonii i nagle z Barcelony ląduje w miejscu, gdzie głównym zajęciem mieszkańców jest „nie dać się zabić przez wiatr”.
Myślisz: luks, chłop sprzeda i wraca do cywilizacji. Otóż nie. Na miejscu okazuje się, że działka to nie tylko kawałek gruntu, ale porzucony od około 20 lat hotel-widmo. Dosłownie. Taki z pajęczynami, przeszłością i… trupem w środku. Tak, kolejny. Bo dwóch zamrożonych w lodowcu Viedma to było za mało.
Patagońska promocja: trup gratis do spadku.
I tu zaczyna się jazda: Julián wkręca się w lokalne układziki, sekrety sprzed lat i historię, która nikomu się nie opłaca, żeby wyszła na jaw. Szczególnie jemu. Bo im więcej kopie, tym bardziej ktoś chce jego zakopać. Najlepiej na stałe.
Ale wiesz, co naprawdę sprawia, że ta książka wjeżdża do głowy jak shot po trzech dniach detoksu? To, że to się dzieje w prawdziwym świecie. No dobra, trupów może akurat tam nie znajdują codziennie, ale wszystko, co opisał Perfumo, to realne miejsca. I tu wchodzisz TY – nie tylko jako czytelnik, ale jako stalker z Google Maps.
Wiesz, jak Julian idzie z Laurą do Laguna de los Tres, żeby rozsypać prochy wuja, Ty możesz iść razem z nimi. Dosłownie. Odpalasz mapy, masz ścieżkę, masz szczyty, masz ten cholerny Fitz Roy, który wali po oczach swoim majestatem tak, że boli dusza. Patrzysz na to wszystko i myślisz: ja tam jestem. Ja widzę to, co on. Ja oddycham tym samym powietrzem (no dobra, prawie – ty w piżamie, on w puchówce, ale nie czepiajmy się).
Lodowiec Viedma? Klik i jest. Jęzor lodu tak wielki, że jakby się na niego przewróciła cała historia rodzinna bohatera, to i tak by się zmieściła. Miasto El Chaltén? Istnieje. Sklepy, knajpki, trasy trekkingowe. Cała sceneria to nie bujda dla turystów. To nie kolejna książka, w której wszystko dzieje się w „Miasteczku Nigdzie”, gdzie każdy dom wygląda jak z reklam proszku do prania.
Tutaj możesz naprawdę być. Nie tylko czytać. Możesz chodzić z bohaterem, patrzeć na te same widoki, myśleć: „o, tu siedział ten gość”, „tu pewnie Laura miała dość”, „a tu Julian miał ochotę spieprzać z powrotem do Europy”. I to jest magia. Prawdziwa. Bez smoków i elfów. Patagonia mówi: masz jaja, żeby iść dalej? A ty klikasz „Street View” i lecisz.
Perfumo zrobił to, co każdy pisarz thrillera powinien robić: osadził historię w miejscu tak rzeczywistym, że aż boli. Patagonia nie jest tylko tłem – to pełnoprawna bohaterka. Niebezpieczna, piękna, dzika i cholernie szczera. Wciąga, kusi, ale też nie wybacza.
A sama intryga? Działa. Nie jest odkrywcza jak plagi z Egiptu, ale ma wszystko, co trzeba – sekrety, śmierć, paranoję, retrospekcje, napięcie, ciarki. A do tego ten klimat: czujesz mróz, słyszysz śnieg pod butami, a każda strona to kolejny krok na lodowcu – i nie masz pojęcia, czy zaraz się nie zapadniesz.
No ale potem przychodzi zakończenie…
I powiem tak: trochę się poślizgnęło. Niby wszystko się domyka, niby są emocje, niby jest refleksja, ale ja czułam się, jakby mi ktoś zaserwował lody bez smaku. Miękko, łagodnie, trochę naiwnie – zupełnie nie w stylu tej twardej, mroźnej opowieści. Zamiast finału, który łamie kości, dostałam coś, co bardziej przypominało usprawiedliwienie.
Nie będę spoilerować, ale powiem tylko, że jeśli ktoś liczy na mocne rozliczenie, może poczuć niedosyt. Jakby autor sam nie chciał się ubrudzić i w ostatniej chwili odwrócił wzrok.
Podsumowując:
Książka mocna, klimat lodowaty, tajemnica wciąga – ale zakończenie? Trochę jak ostatni dzień urlopu: niby nadal fajnie, ale już wiesz, że zaraz wrócisz do rzeczywistości i nic cię nie zaskoczy. Mimo to warto. Dla miejsca, dla atmosfery, dla tej patagońskiej samotności, która bije z każdej strony. I dla tego dziwnego uczucia, że jesteś tam razem z nimi. Po prostu szkoda, że ostatnie uderzenie nie było lodowatym ciosem, tylko lekkim chłodkiem z wentylatora.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

[…] znana z późniejszego tomu „Zbrodnie na lodowcu” ( tutaj możesz przeczytać recenzję – https://www.zbrodnienawidelcu.pl/zbrodnie-na-lodowcu-cristian-perfumo/ ) tu jeszcze nie jest tą bohaterką, którą pokochałam. Trochę błądzi, trochę się miota, a […]
❤️